Mam kilka nawyków, które przeniosłam z życia zawodowego do życia prywatnego. Oczywiście w większości są to nawyki zakupowe. Jednym z nich jest przygotowywanie listy tak zwanych break even points (BEP) przed znaczącym zakupem. Przekładając na polski – w finansach mówi się o progu rentowności przedsiębiorstwa. Natomiast od strony zakupowej oznacza to mniej więcej to, że trzeba sobie ustalić jakiś wyznacznik lub wyznaczniki, które przesądzą o niedokonaniu zakupu. Ja to nazywam też punktami orientacyjnymi.
Przykładowo: chcę kupić mieszkanie. Kluczowymi cechami lokalu, które muszą być spełnione, są dla mnie – lokalizacja przy przystanku autobusowym (max 5 min pieszo), okna wychodzące na zachód, łazienka minimum 6 metrów kwadratowych. I to są właśnie moje punkty orientacyjne, czyli break even points. To znaczy, że jeśli dostanę propozycję kupna supertaniego mieszkania przy przystanku autobusowym z oknami wychodzącymi na zachód i łazienką o wielkości 4 metrów kwadratowych to go na pewno nie kupię. Natomiast mogę rozważyć każde, które powyższe trzy punkty spełni i będzie mieć inne lepsze lub gorsze cechy, np. garderobę albo duże okno w kuchni. Oczywiście łatwo możemy przełożyć to na każdą inną sytuację np. zakup pralki, która musi mieć głębokość max 55 cm, tryb prania ubrań sportowych czy ładowność minimum 6 kg.
Punkty orientacyjne pomagają szczególnie w sytuacji „zachcianek”. Czyli idziemy zobaczyć mieszkanie, baaaardzo nam się ono podoba, bo np. jest na parterze i ma ogródek, więc oczami wyobraźni widzimy tam już grilla ze znajomymi… ale znajduje się 20 min od autobusu. Nie mając wyznaczonych BEP jest szansa, że się skusimy na zakup widząc ten piękny taras czy ogródek. Kiedy jednak twardo trzymamy się swoich punktów orientacyjnych nie podejmiemy pochopnej decyzji.
A czy Wy kiedyś słyszeliście o break even points / punktach orientacyjnych?
Trzymajcie się ciepło!