Zapewne każda z Was była kiedyś w perfumerii lub drogerii. I zapewne każda z Was przechodząc między półkami z pięknymi buteleczkami została nie raz i nie dwa zasypana przez hostessy milionem próbek prosto od YvesSaintLaurent, patyczków spryskanych Diorem czy mini saszetek z chusteczką zapachową samej Chanel… Za każdym razem kiedy mnie o spotykało to w głębi złościłam się, że nie mogę spokojnie przejść nie zaczepiana przez nikogo. Ale gdy się nad tym głębiej zastanowić, to jest super sprawą to, że nie kupujesz kota w worku, tylko każdy z zapachów możesz obwąchać. Zdecydować czy Ci pasuje czy nie. Zamiast w ciemno wydawać 200, 300 czy ileś set złotych. Ciekawa jestem ile z Was podejmując decyzję o konkretnym zakupie robi test? Nie mówię tylko o pytaniu znajomych czy z czegoś są zadowoleni czy nie. Tylko o faktycznym wypróbowaniu danej rzeczy lub usługi.
Jeśli tylko macie okazję to bardzo Was zachęcam do weryfikowania tego, na co chcecie przeznaczyć (w szczególności!) sporą kwotę. Poniżej trzy przykłady z moich doświadczeń, kiedy to z dwóch rzeczy zrezygnowałam, a do jednej bardzo się przekonałam, mimo początkowej niechęci. Jak widzicie nie zawsze w próbowaniu chodzi o odrzucenie zakupu. Czasami pokazuje, że coś, z czego nie korzystaliśmy i byliśmy raczej negatywnie nastawieni, może nam ułatwić życie, jeśli tylko damy mu szansę!
- Audiobooki – nigdy nie byłam przekonana do tej formy „czytania” książek. Ale kiedy na Black Friday (uważam, że w ten dzień naprawdę można coś okazyjnie upolować, jeśli umie się szukać) pojawiła się oferta jednej z platform oferujących słuchanie książek, to chętnie z niej skorzystałam. Mogłam za darmo, przez 30 dni, testować ich aplikację na telefon. I naprawdę mi się spodobało! Gdyby nie ta wersja próbna to raczej nie podeszłabym do tematu audiobooków, przekonana, że to nie dla mnie.
- Sokowirówka – był czas, że bardzo chodziła mi po głowie sokowirówka i przepyszne soki, które mogłabym za jej pomocą robić. Byłam pewna, że co chwila będę je sobie przygotowywać. Kiedy sąsiadka pochwaliła się, że ma taki cudowny sprzęt w domu poprosiłam ją o pożyczenie go na tydzień. Jak możecie się spodziewać sok zrobiłam dwa razy, mocno poirytowana ile jest po tym sprzątania i zwróciłam wymarzoną maszynę właścicielce. A jakieś 600-800 PLN zostało w mojej kieszeni!
- Snowboard – mój Mąż bardzo zapragnął przerzucić się z nart na snowboard. Bo jak to, żona jeździ a on nie. Wypożyczyliśmy zatem deskę dla niego na jeden dzień. Mąż kompletnie nie miał przyjemności z tej jazdy i baaardzo chętnie zapiął z powrotem narty. Wydaliśmy 70 PLN a nie 1300.
A Wy jakimi przykładami mogłybyście się podzielić?
Trzymajcie się ciepło!