W czasach covidowych zauważyłam pewną tendencję wśród moich znajomych – tłumnie rzucili się na zakup drukarek. Wcześniej każdy parę kartek wydrukował sobie w biurze, a dziś w dobie pracy zdalnej nie jest to takie proste. Nie byłabym sobą gdybym tego przypadku nie rozpatrzyła pod kątem czysto zakupowym. W świecie kupców istnieje takie wyrażenie, które w skrócie nazywamy TCO (Total cost of ownership, co można przetłumaczyć jako pełen koszt posiadania). Chodzi o to, że kupując taką drukarkę patrzymy na jej cenę – o super, ma opcję skanera i kosztuje tylko 150 PLN. I bach, pędzimy do kasy zapłacić. Potem się okazuje, że tonery zapasowe pasujące do tej drukarki kosztują 350 PLN za sztukę, a do zrobienia wydruków potrzeba ich dwóch… czyli drukarnia kosztuje jednak nie 150 PLN a 850 PLN (150+350+350). Plus dalsze koszty korzystania z niej – co jakiś czas trzeba dopłacić 700 PLN na tonery. I właśnie to jest TCO, czyli popatrzenie na produkt/usługę w szerszym kontekście – całości użytkowania, a nie tylko zakupu głównego elementu.
Założę się, że w swoim otoczeniu podobnych przykładów możecie znaleźć wiele – zakup mieszkania to nie tylko ściany, ale też wyposażenie i wykończenie. Zakup samochodu to również benzyna czy miejsce postojowe (szczególnie, jeśli nie ma wielu miejsc parkingowych na ulicy). A z jakimi przykładami TCO Wy ostatnio się spotkałyście?
Trzymajcie się ciepło!