Nie wiem jak Wy, ale ja bez kalendarza w telefonie bym zginęła. Jeśli mam pamiętać, co mam zrobić i w jakim terminie to muszę mieć notatkę podpiętą pod konkretną datę. Inaczej istnieje duża szansa, że pomylę daty, albo w ogóle wypadnie mi sprawa z głowy. Oczywiście nie byłabym sobą, gdyby kwestia pamięci nie kojarzyła mi się w żaden sposób z zakupami… bo czy sprawdzałyście kiedyś ile kasy Wam przepada tylko dlatego, że o czymś nie pamiętacie?
Dla przykładu opowiem Wam bardzo krótką historię o tym, jak ostatnio zaczęłam czytać warunki mojego ubezpieczenia (które mam, nota bene, od jakiegoś 2015 roku). Okazało się, że pokrywa ono między innymi odszkodowanie za cesarskie cięcie, jeśli zostało ono wykonane po nieudanej próbie porodu naturalnego (czyli nie na życzenie). Oczywiście poród był już dużo wcześniej, ja o tym nie pamiętałam, więc kasa przepadła… Przeglądając warunki ubezpieczenia odkryłam jeszcze dwa przypadki, z ostatniego czasu, kiedy mogłam się zgłosić do ubezpieczyciela, ale nie pomyślałam, że w ogóle takie sprawy mogą wchodzić w zakres wliczany do odszkodowania. Krótka pamięć z innej beczki: czy kupujecie coś na zapas? Ryż? Szampon? Ile razy znajdujecie to po roku już przeterminowane? No dobra, nawet po 3 latach, jak mocno zakitrane w tylnej części szuflady… Myślę, że gdyby zsumować balsamy „trzy w cenie dwóch” które kupiłyśmy (bo na pewno się przydadzą, a potem będące do wyrzucenia, bo po skończeniu pierwszej butelki zapomnieliśmy, że były kolejne) to nawet kilka stówek rocznie by się zebrało. Jeśli brać pod uwagę grubsze sprawy, jak np. te z kwestii ubezpieczenia to nawet policzymy to w tysiącach. A jeśli jeszcze dorzucić reklamacje, które miało się napisać a wypadło z głowy…
Dajcie znać czy kiedyś zastanawiałyście się ile przepłacacie, bo zapominacie?
Trzymajcie się ciepło!